poniedziałek, 21 marca 2016

ROZDZIAŁ V

ROZDZIAŁ V


Łzy spontaniczne i kompletnie niepotrzebne. Nie miałam ochoty się przemieszczać. Najlepiej gdyby mnie teraz przejechał jakiś autobus albo tramwaj, który nie jedzie po tej stronie osiedla. Lecz moje nogi same niosły mnie do przodu, aż na bezpieczny teren chodnika, koło stacji benzynowej.

Samochody ruszyły w dalszy pościg. Jaka szkoda.

Nie wiem czemu, ale szkoła wydaje mi się, w tym momencie najlepszym miejscem. Zero rodziny, zero gwałtu, bezpieczeństwo, w pewnym tylko sensie, choć wystarczające. Głośne przerwy i ciche lekcje, na których nie odpowiadamy.
Zwykły dzień, zwykłej uczennicy liceum. Tak, właśnie tak, powinno wyglądać moje życie.

Co za bzdura! Nic a nic nie jest takie jakie być powinno. Cholernie pokręcone, to przejebane bycie nastolatką, uzależnioną finansowo od rodziców. Jak ja tego nie cierpię!

Ze złości i braku dalszego apetytu, gniewnie wgniatam swoją kanapkę do torby i jakbym nigdy nie chciała zostać przejechana, kieruje się dalej do naszego liceum.

- Zwyczajny dzień. – Powtarzam jeszcze raz, zanim wejdę w wir korytarzy.

Budynek otoczony jest również przez inne budowle, które zajmują na przykład: niewielki internat, mieszkania dla nauczycieli, emerytów i przychodnia weterynaryjna. Kiosk jest po drugiej stronie ulicy i to oczywiście niesie za sobą wcale nie mały dochód na godzinę. Nie brakuje tam nigdy klientów. No, chyba, że w soboty i w niedziele, bo przecież na ten czas nie chodzimy i nie odwiedzamy tej budy.
Szkoła nie jest ani zbyt nowa ani stara. Jakieś 5 lat temu została przemalowana na jasny żółty, który nie rzuca się nadmiernie w oczy. Wyróżnia się natomiast wnętrzem oraz dachem. Dach jest cały ze szkła, a pod nim leży ogromny basen oraz siłownia.

Myśl o pływaniu ucisza mój nowo wydobyty gniew. Wole być niebezpieczna i wściekła, niż załamana, płaczliwa i uległa.

Nasza szkoła ma certyfikat i inne papiery na: ,,Szkoła ruchu’’ i ,,Szkoła promująca zdrowy styl życia’’.

Kto by się spodziewał, prawda?

Wejście jak zwykle jest zatłoczone i nie mam dzisiaj ochoty, żeby prześlizgiwać się między innych uczniów, więc po prostu rozpycham się łokciami, nie bacząc na konsekwencje i niemiłe odzywki. Gniew można wykorzystać jako armatę.

Drzazgi. Te pachołki przypominają mi drzazgi.
Chcę trochę przestrzeni i powietrza.

Wnętrze, jak już mówiłam jest imponujące. Wchodzisz przez duże podwójne szklane drzwi, a potem kilkoma schodkami w dół do przestronnego biało czarnego holu, na którym znajduje się stołówka, sklepik, sala muzyczna i pielęgniarka. Nie brakuje roślinności oraz lamp oświecających nam drogę żebyśmy przypadkiem nie zapomnieli, gdzie powinnyśmy się kierować. Wnętrze przecinają imponujące długie kręte, bardzo ciemne schody prowadzące na pierwsze piętro.
Właśnie do nich się kieruje.
Pierwsza lekcja się już zaczyna, ale to na 2 piętrze. Wszystkim nagle śpieszno na zajęcia. A ja powoli wdrapuje się na 1 i 2 piętro. Oczywiście niemiecki rozpoczyna cudowny jakże poniedziałek.

Pod salą zbiera się cała moja klasa, a przynajmniej ci którym opłacało się dzisiaj wstawać. Pewne oceny na półrocze, czyli wystarczy słuchać i przepisywać z tablicy.
Do sali wpuszcza nas nauczyciel, pan Daniel, przezywamy go ,,Dzięcioł’’ – ma bardzo charakterystyczny nos - Otwiera nam drzwi i jak zawsze najpierw wchodzą dziewczyny, a dopiero po nas chłopcy. Nie mam nikomu za złe, że nikt nie zauważył mnie całkiem z tyłu, w porannym słońcu i ze słuchawkami na uszach, które nie wydają już żadnych dźwięków.

Nie, po prostu nie mam ochoty na pogadankę, że to chyba nie ta płeć?

Bo zwymiotuje komuś na buty.

Lekcja mija szybko i zwyczajnie. Dzięcioł pytał tylko tych, co chcieli spróbować podnieś o stopień swoje zapisane w dzienniku oceny, które nie satysfakcjonują ich rodziców. Czyli ponad pół klasy. Ja, na szczęście nie z tego przedmiotu musze się wykazać. Nie mam problemów z przedmiotami humanistycznymi więc nie czas na poprawianie. Martwię się bardziej matematyką i zaliczeniem I semestru, właśnie z tego przedmiotu.

Na kartce rysuje bezmyślne kreski i wszystko otaczam czarnym markerem, co nie ma najmniejszego sensu w moim mniemaniu. Czuję jeszcze trochę poranne cięcie się i jakoś teraz, nie jest mi z tym zbyt dobrze. Trochę późno.

Głowa do góry, następnym razem zrobię głębsze.
Idioootka! – wzdycham znacząco do siebie.

- A cóż to pięknego panno Nicol? – z zamyślenia moich ekstremalnych poczynań wyrywa mnie pytanie nauczyciela, na które oczywiście znam odpowiedz, ale szkoda dzielić się tak ważnymi sprawami.
- To poufne informacje. – odpowiadam grzecznie i uśmiecham się sztucznie.

Widzę, że nauczyciel czai że nie jestem dzisiaj w najlepszym nastroju i już nie ciągnie tematu.

Na mojej ławce ląduje śmieć; no, tak naprawdę to zgięta kartka, a w niej oczywiście nic innego jak tekst pt; ,,TE TWOJE POUFNE INFORMACJE TO MOŻE ZŁAMANE SERDUSZKA OD NIE-WIELBICIELA????’’

Raz - to co napisała nie ma żadnego sensu. A dwa - to bez sensu.

Żebyś się franco nie zakrztusiła spermą – jaka szkoda, że nie powiem jej tego teraz, prosto w ten krzywy ryj.
Odwracam się i trzy ławki za mną dumnie uśmiecha się nie kto inny, jak nasza przewodnicząca, córka nauczycielki języka francuskiego, która jest kochanką naszego dyrektora, który ma żonę, i rucha jednocześnie i ją i jej matkę. No i żonę.
Patologia na niższym levelu.
Skąd to wiem?

A więc tak:
Lisa, bo tak ma na imię dziewczyna-dziwka-diwa-kasiasta-bezmózgowiec-i patyczkowate stworzenie, które jest; o dziękuję – moim całkowitym przeciwieństwem.
Lisa za przeproszeniem, nie kocha tylko pieprzy się z naszym dyrektorem, i to zazwyczaj na stojąco podpierając ściany. Nasz dyrektor nie jest stary więc może dlatego. Zgaduje, że jest między 30 a 35 rokiem swojego marnego życia.
Może pociągają go ich czerwone farbowane włosy? A może szkieletowe poczucie humoru i niska inteligencja? Wysoka samoocena podpierana na wysokich szpilkach? Nieważne, i tak tego nie zrozumiem.
Pan dyrektor to przeciętny gościu z dużym ego, małym rozumem i krótką pamięcią. Żonaty i bogaty facet, który potrzebuje ciągłego wyładowywania nadmiernie produkowanej ilości spermy. Jest głupi jak but i (nie) spodziewa się pierwszego dziecka.
Ciężko to wytłumaczyć. Może innym razem.

Jeżeli uczennica nie ma czasu to namawia swoją pracownice, i tak w kółko. Nie mam pojęcia kto jeszcze w tym uczestniczy, i wole nie wiedzieć.
Żebym to raz ich nakryła w szatni damskiej od jeszcze nieotwartej nowej sali do tenisa, albo z sprawą do dyrektora, a że sekretarka ma osobny gabinet ,,nieco dalej’’. Widuje jej matkę czasami w kawiarni niedaleko parku z nim, lub również poświęcając swój czas na odwożenie ich pod dom.
Ciekawi mnie jednak to, czy one wiedzą, o tym że na przemian wkłada i wyciąga, do różnych otworów, swojego gospodarza.
Ale to nie moja sprawa, też święta nie jestem, bo dopiero co, straciłam dziewictwo z własnym bratem. Wolałabym już raczej z dyrektorem niż z Alexem.
Posyłam jej tylko nieśmiałe spojrzenie, po którym wybucha gromkim śmiechem, przekłada nogę na nogę, a jej zbyt zgrabne nogi przyciągają spojrzenie pełne zachwytu połowy facetów w tej klasie. Zaczerwieniona odwracam głowę w przeciwnym kierunku, gdzie przyłapuje na głębokim i pełnym zrozumienia szarych oczu, chyba, nowego ucznia naszej klasy.

Nie wydaje mi się, żebym była w stanie, przez tyle miesięcy nie zauważyć członka klasy. To byłoby absurdalne. Widzę, że mi się uważniej przygląda i dlatego odwracam szybko wzrok na puste miejsce obok siebie.

Nie jestem ślepa!

Udając zainteresowanie lekcją, spod przymrużonych powiek spoglądam na przystojnego chłopca w drugim końcu klasy, pod ścianą. Ma piękne rysy twarzy, wydatne kości policzkowe, szare oczy pod zielonymi okularami, rude krótkie włosy, zarost kilkudniowy i kilka piegów koło małego nosa. I coś mi mówi, że coś jest z nim nie halo. Jak na faceta ubiera się zbyt elegancko. I to jeszcze do szkoły. Ale okay, przyznam się że podoba mi się jego szara koszula.
Więcej z tej odległości nie zobaczę. Bywa i tak.

Słyszę dzwonek i pakuję swoje rzeczy. Jak zawsze wychodzę ostatnia z klasy i przy okazji wyrzucam, kartkę od Lisy. Ten kto jako ostatni wychodzi z sali musi zamknąć sale i odwiesić kluczyk do szafki na końcu korytarza danego piętra. Wiadomo nie od teraz, że to ja w 90% to czynię.

Na zakręcie wyjmuję swoją wodę i piję małymi łyczkami. I myślę, jak mało kiedy, zastanawiam się nad nowym kolegą.

- Hej – słyszę ekstra męski, nieznany głos i odwracam się ku niemu, a tu… – możesz mi pomóc? – chłopak w zielonych okularach.

Jego głęboki baryton nie pozostawia złudzeń, pociąga mnie taki głęboki głos. Na pewno gra w jakimś zespole. No bez jaj, będę na każdym koncercie.
Jak puszcze sobie z płyty CD. Haha, ale ze mnie śmieszek

- No pewnie, jestem Nicol. – Podaje mu pewnie swoją dłoń, a on ją ściska raczej zbyt mocno, ale nie narzekam.

To przecież facet, a nie baba.

- Jesteś praworęczna Nicol? - chyba się zakrztuszę, moje imię w jego ustach brzmi jak niebiosa za czasów wynalezienia papieru toaletowego.

Patrzę na swoje dłonie i z uśmiechem podaję mu teraz obie jednocześnie. Ciekawe co teraz o mnie pomyśli. Na przykład: ludfzie czy ona jest głupią blondyną?

- Zależy chyba od punktu widzenia. Jak myślisz?– pytam go grzecznie. - A ty jesteś?

Jego ironiczny uśmiech daje mi znać, że właśnie powiedziałam coś mega głupiego.
Nic nowego.

- Nazywam się Mika. Wiem, moje imię jest COOL. – Słyszę sarkazm, nadmierny.
Wcale nie ,,COOL’’.
Chyba myśli, że wycisnę jakiś niemiły komentarz albo coś, ale jego imię wydaje się równie nieprzeciętne jak sam chłopak, który stoi przede mną i mnie nieco krępuje.

- Mika. – powtarzam – Nasz nowy kolega klasowy. - ale tylko po to żeby sprawdzić jaki wpływ na mój język będzie miało wypowiedzenie tego słowa.

Chyba całkiem dobre.
Znowu się do mnie uśmiecha i widzę fioletowy aparat na zębach, który wcześniej uciekł mojej uwagi.

środa, 16 marca 2016

Dobra wiadomość :D

Hejka, wreszcie mam naprawiony laptop i w najbliższych dniach (nwm kiedy dokładnie) dodam nowy rozdział :*
Mam nadzieję, że mnie nie zostawiliście XD i dziękuje za cierpliwość.
Do kolejnego i miłego dnia :)